Jestem zbyt stary, by doczekać końca tej burdy


 

„Dziennik” (Warszawa)

Nr 191 (404) / 17. 08.2007 r.

Wszystko w życiu się zmienia, dlatego młodsze pokolenie ma jeszcze szansę na normalność

Jestem dziś wolnym człowiekiem - na urlopie w dalekich Alpach. I dzięki temu nie muszę czytać polskich gazet, oglądać polskiej telewizji ani przeżywać polskiej polityki. Bo z pewnością wolałbym się wypowiadać na temat przepięknych gór i rosnących tu i ówdzie szarotek, a nie mówić i myśleć o tym, co się dzieje od ponad roku w moim kraju.

Jako historyk mogę się jedynie pocieszać, że w różnych częściach świata i Europy zdarzały się już różne, najdziwniejsze nawet sytuacje: i kryzysy rządowe, i paskudne koalicje, a nawet mordy polityczne. Więc można spokojnie powiedzieć, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. A do politycznych mordów jeszcze nam w Polsce daleko.

Szczęśliwie dla mnie nie przeżywam wydarzeń politycznych tak bardzo, żeby czuć się zażenowanym na obczyźnie. Spokojnie chodzę sobie po górach, oglądam telewizję austriacką, niemiecką czy szwajcarską - najchętniej programy historyczne, naukowe czy przyrodnicze - i o gorących doniesieniach z polskiej polityki staram się nie myśleć. Wracam do kraju dopiero za kilka tygodni, gdy zacznie się gorący sezon jesienny. Nie wiem, czy będzie on interesujący, ale można się tego spodziewać sądząc po wielkiej i nieskrywanej ochocie niektórych naszych polityków na wcześniejsze wybory parlamentarne. Ale do tego jeszcze wciąż długa droga - o wyborach będziemy rozmawiać, gdy rzeczywiście zostaną ogłoszone i będzie wyznaczony ich termin. Uchwały sejmowej na ten temat wciąż nie ma, a same deklaracje politycznych intencji to jeszcze zbyt mało.

Wiele osób cały czas "myśli" o tym, co jest i co będzie, jak potoczą się sprawy w Polsce. Ja nie myślę. Przecież gdyby polska polityka toczyła się torem, który można jakoś intelektualnie zrozumieć i ogarnąć, to sytuacja w kraju nie wyglądałaby od wielu miesięcy tak, jak wygląda. Bo to, co się u nas dzieje, przekroczyło już możliwości intelektualnego zrozumienia. Tak zupełnie po ludzku - ja tego nie rozumiem. Ale znów - rozumiem jako historyk i badacz najnowszych dziejów Europy. Różne rzeczy już w książkach widziałem, a niektóre nawet sam obserwowałem. Bo żyję wystarczająco długo.

Ta historyczna wiedza i doświadczenie wcale mnie jednak nie uspokaja. Co z tego, że różne rzeczy już były, już się je widziało? Skrajne idiotyzmy też już widziałem, a to wcale nie znaczy, że godzę się na ich powielanie w mojej ojczyźnie. Dopóki takie rzeczy dzieją się w dalekiej Azji czy Afryce, to można je nawet obserwować z zaciekawieniem badacza i bez żadnego niepokoju, choć oczywiście zawsze jest przykro, gdy ludzie cierpią. Ten chłodny dystans nie nadaje się jednak do myślenia o własnym kraju, bo siłą rzeczy rodzi się więcej wątpliwości i pytań, co właściwie należałoby w takim zamęcie politycznym uczynić.

Jestem jednak dość spokojny o historyczny zapis minionych miesięcy. Gdyby na warszawskiej ulicy przepytać trzydzieści osób poniżej 30. roku życia, co to było AWS, prawdopodobnie nie będą wiedziały. Może nawet skojarzy im się z AWF, z czymś związanym ze sportem? Licealiści bądź studenci - oczywiście, poza studentami nauk politycznych - z pewnością nie mają już o tym bladego pojęcia. A przecież Akcja Wyborcza Solidarność była partią, która do 2001 roku miała większość w Sejmie i Senacie. To działo się zaledwie sześć lat temu! A kto o tym dziś jeszcze pamięta? I to jest właśnie moja odpowiedź na pytanie, jak okres zwany teraz powszechnie IV Rzeczpospolitą zapisze się w polskiej historii.

Jestem demokratą. A w demokracji jest przewidziane jedyne wyjście z trudnych sytuacji - wybory parlamentarne. Innej drogi po prostu nie ma. Dlatego uważam, że być może przedterminowe wybory przyczynią się do zmiany sytuacji na lepsze.

A zresztą można się pocieszać, że wszystko w historii, polityce i życiu codziennym jest stanem przejściowym. Młodsze pokolenia mogą więc mieć jeszcze nadzieję na normalność.

Zupełnie inaczej jest ze mną - ja jestem już zbyt stary, żeby mieć pewność, że doczekam jakiegoś wyjścia z tej politycznej burdy.