Przed wprowadzeniem podwyżki najpierw organizowano odprawy z ORMO, potem odprawy z partyjnymi, odprawy na stoczniach i w większych zakładach pracy. Była więc niby dyskusja na temat wprowadzenia tej podwyżki cen. Było to jakieś trzy, cztery dni wcześniej. Mało tego, dowiedzieliśmy się później, że broń ze stoczni zastała wywieziona (w stoczni jest broń dla strażników). Więc jednak ktoś bał się gniewu robotników, bał się rozruchów.
Wróćmy jednak do strajku. Ulicami jeździł samochód z głośnikami. Przejechał do domu partii, gdzieś na politechnikę. W ten sposób informowano ludzi o podwyżce. Samochód ten był chyba zabrany spod KW, gdzie parkował. Przejechał w kierunku Wrzeszcza i z powrotem. Ktoś w tym wozie zapytał "Co się dzieje, że ustala się dużą podwyżkę nie pytając robotników?"
Ludzie wyszli ze stoczni, grzecznie. Chcieli rozmawiać. Stanęli pod domem partii, ale nikt ich nie przyjął, nie odpowiadał im. W każdym razie, w tym dniu podjęto decyzję, że następnego dnia (to znaczy we wtorek) od rana przychodzimy do pracy jako stocznia, ale nie pracujemy. We wtorek już się włączyłem do akcji.
Stocznia ma kilka działów i wydziałów. Byli ludzie, którzy wiedzieli o tym, że we wtorek nie pracujemy ponieważ byli w grupie, która podjęła decyzję marszu w poniedziałek i nie pracowania we wtorek. Strajk okupacyjny, coś w tym sensie. Nie wszystko szło dobrze. Były łamania tej decyzji ponieważ na wiecu w poniedziałek było około trzech tysięcy ludzi, a w stoczni pracuje prawie 18 tysięcy.
Nie wszyscy robotnicy byli zorientowani, poinformowani, co zamierzamy zrobić. We wtorek z rana na polecenie dyrekcji zwołano odprawę z kierownikami i majstrami, mówiąc im, że należy niektórych ludzi z wydziałów w jakiś sposób jak najszybciej przerzucić do innych działów. Na przykład przenosić całe brygady po piętnaście - dwadzieścia osób, ażeby rozczłonkować istniejące zespoły.
Podjęto nawet takie próby i może to przedsięwzięcie powiodłoby się, gdyby nie wydział K-3. Z wydziału tego ze Stoczni Gdańskiej dużo ludzi mieszkało w hotelu przy ul.Tuwima. W tym wielu młodych. Ta grupa była jakby troszeczkę mądrzejsza, rozsądniejsza, troszeczkę przewodziła i podpowiadała niektóre rzeczy. Widząc co się dzieje (a przychodzili do pracy pół godziny wcześniej aniżeli inne działy) zdążyli zorganizować grupę około stu osób.
Grupa ta przeszła przez stocznię nawołując: "Chodźcie z nami idziemy pod dyrekcję". Do grupy tej, przechodzącej przez różne działy, przez ulice stoczni - ludzie po prostu dołączali i ci nawet co szli do pracy. W sumie do dyrekcji doszło chyba cztery tysiące, a może więcej.













