„Dziennik” (Warszawa)
Nr 172 / 25. 07. 2007 r.
To wspaniale, że obchody 63. rocznicy Powstania Warszawskiego odbędą się nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. Nareszcie pamięć o Powstaniu otrzyma godny wymiar.
Bo przecież nie było to jakieś lokalne przedsięwzięcie garstki warszawiaków, lecz największy czyn zbrojny Armii Krajowej. Świat o tym zresztą dobrze wie. W 2004 r., w 60. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego na placu Powstańców Warszawy stałem obok Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego prezydenta stolicy, obok kanclerza Niemiec, wicepremiera Wielkiej Brytanii i sekretarza stanu USA. Już tamta uroczystość w obecności tak znamienitych gości pokazała, że Powstanie Warszawskie ma wymiar ogólnopaństwowy. Dlatego pomysł uczczenia 1 sierpnia w całej Polsce, a nie tylko w Warszawie, wydaje się bardzo racjonalny. Mit Powstania jest zresztą - choć minęły 63 lata -wciąż żywy w polskiej świadomości. Już ponad milion ludzi odwiedziło Muzeum Powstania Warszawskiego, które istnieje zaledwie od trzech lat. I większość z nich to wcale nie byli mieszkańcy Warszawy.
Sam się niekiedy dziwię, że na spotkania autorskie do mnie - 85-letniego człowieka - przychodzą ludzie 30-letni i chcą słuchać, czytać i dowiadywać się o tamtych czasach. Jeśli więc jest zainteresowanie, to dlaczego ludziom nie dać tej wiedzy?
Jest jeszcze inny powód, który przemawia za organizacją obchodów w całej Polsce. Warszawa była jedyną okupowaną przez Niemcy stolicą Europy, która przeżyła taki zryw bohaterów. Koszt takich działań był ogromny: kilkadziesiąt tysięcy krwawych ofiar. Jak więc nie czcić takiego wydarzenia w całym kraju?
Paryż do dziś hucznie czci powstanie, w którym zginęło tylko kilkoro ludzi. Zastanawiając się dlaczego, również możemy odpowiedzieć: a dlaczego Stany Zjednoczone tak silnie wspominają i czczą 11 września 2001 r.? Przecież zginęły tam trzy tysiące osób, czyli jedna piętnasta tych, którzy polegli w Wietnamie. A jednak Amerykanie o tym pamiętają. I to nie tylko nowojorczycy.






