Jak ktoś ma pecha, twierdzi jeden z moich znajomych, to i w nosie na żyletkę trafi.
W sobotę doświadczyłam tego. Siedząc otóż przed telewizorem, skacząc pilotem z kanału na kanał, trafiłam na tańczącą na lodzie Jolę Rutowicz.
To nie był sen. To była powtórka piątkowego programu „Gwiazdy tańczą na lodzie".
Na tafli lodowej był tron, na tronie był gwiazdy koń, na jej nóżkach jak patyczki różowe były trzewiczki i ogólnie było ślicznie. A nawet komicznie.
W pełnym zdumieniu dotrwałam...













