Afganistan


Loading
Subskrybuj zawartość
Dziennik Marcina Ogdowskiego
Zaktualizowano: 35 min. 55 sek. temu

I znów daliśmy radę…

czw., 03/11/2010 - 21:16
[caption id="attachment_1269" align="alignnone" width="640" caption="Tak jak poprzednio, pisząc o nagrodzie, nie miałem lepszego pomysłu na zdjęcie. Wybaczcie :) To fotka zrobiona podczas gościnnych występów w PIO w Ghazni. Nie pamiętam, co mnie tak zdziwiło.../fot. Bogumiła Piekut"][/caption] ... tym razem w konkursie na Blogera 2009 roku serwisu Wiadomości 24. Miło mi donieść, że "Z Afganistanu.pl" otrzymał specjalne wyróżnienie w kategorii Polityka, w tym prestiżowym w internetowo-dziennikarskiej branży konkursie. Świetnie poradził sobie fotoblog mojego kolegi Piotra Macury - 990px - zdobywając II miejsce w kategorii Fotoblogi. Piotr kilka galerii poświęcił Afganistanowi - możecie je oglądać, wchodząc w bloczki umieszczone po lewej stronie naszego bloga. Wszystkim, którzy oddali głosy na "Z Afganistanu.pl" serdecznie dziękuję. I cóż, maszerujemy dalej - za kilkanaście dni wracam do Afganistanu. Trzymajcie kciuki.
Kategorie: Wojna

Zamiast słów: Made in China

wt., 03/09/2010 - 13:33
W centrum Ghazni, naprzeciwko pałacu gubernatora, znajduje się coś, co od biedy można by nazwać pasażem handlowym. W „butikach” dominuje tania elektronika, sprzęt gospodarstwa domowego, dywany, ciuchy oraz mnóstwo nieprzydatnych bibelotów, do których Afgańczycy, najwyraźniej, żywią wielką słabość. Chodząc pośród tych wystawek miałem nieodparte poczucie deja vu. I nic w tym dziwnego, bo stoiska z podobnym asortymentem widywałem wielokrotnie w Iraku. I tam, i tu dominowała tandeta rodem z Chin. Pamiętam, że robiąc zdjęcia afgańskim handlarzom, nie mogłem oprzeć się myśli, jak bardzo bezsensowna jest cała ta wojna. Bo oto narażamy życie naszych żołnierzy, by przez otwarte afgańskie granice mogła płynąć rzeka towarów z napisem „Made in China”… Wiem, to głupie uproszczenie. Ale coś na rzeczy jest. [caption id="attachment_1247" align="alignnone" width="640" caption="Wybaczcie słabą jakość zdjęcia - zrobiłem je telefonem/fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Kobiety w mundurach rulez!

pon., 03/08/2010 - 14:40
[caption id="attachment_1257" align="alignnone" width="640" caption="sierż. Agnieszka Nowak, fotoreporterka grupy PSYOPS"][/caption] ... i te niemundurowe również. Z okazji Waszego święta - najserdeczniejsze życzenia! A skoro jest okazja - na moich zdjęciach rzadko kiedy goszczą kobiety. Cóż, wojna to nadal głównie męskie zajęcie. Ale to nie znaczy, że kobiet w Afganistanie nie ma. Jak pisze Adam Roik, autor tych zdjęć, "od dłuższego czasu pełnią trudną służbę w prowincji Ghazni. Są specjalistami w różnych dziedzinach - żołnierzami lub pracownikami wojska. Kobiety Polskich Sił Zadaniowych w Republice Afganistanu okiem Combat Camery". Zapraszam do obejrzenia galerii. [caption id="attachment_1258" align="alignnone" width="640" caption="Anna Narodzonek, ratownik medyczny GZM"][/caption] [caption id="attachment_1259" align="alignnone" width="640" caption="Anna Pawlak, specjalista PIO"][/caption] [caption id="attachment_1260" align="alignnone" width="640" caption="chor. Barbara Skomarowska, technik grupy inżynieryjnej"][/caption] [caption id="attachment_1261" align="alignnone" width="640" caption="Magdalena Brzozowska, specjalista PRT"][/caption] [caption id="attachment_1262" align="alignnone" width="640" caption="sierż. Jolanta Kowal, dowódca sekcji rozminowania"][/caption]
Kategorie: Wojna

Dzień, którego nie ma

pon., 03/01/2010 - 20:30
Dziś otrzymałem kolejny wykład z cyklu „Czas to pojęcie względne”. A wszystko przy okazji ponownej wizyty w ambasadzie Afganistanu. Okazało się, że czekająca na mnie od kilku dni wiza została wystawiona z błędną datą. Składałem wniosek o wizę 3-miesięczną, dostałem ważną przez miesiąc, w dodatku w terminie średnio pasującym do moich planów wyjazdowych. Grzecznie poprosiłem o korektę, na co sympatyczny gość z wydziału konsularnego odrzekł, bym przyszedł za pół godziny. Wróciłem, pewien, że dostanę nową wizę, tymczasem cała fatyga konsula sprowadziła się do odręcznego poprawienia cyferki, odpowiadającej miesiącowi. Całość operacji uwieńczyła pieczątka, postawiona tuż przy korekcie. Nie wygląda to może profesjonalnie, ale - zapewniono mnie - jest zgodne z prawem. W sumie zatem nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że teraz mam wizę ważną do 31 czerwca br. A takiego dnia w naszym kalendarzu nie ma… Cóż, najwyraźniej Afgańczycy mają na ten temat inne zdanie. Skoro jednak o czasie mowa - zdjęcie powyżej zrobiłem we wrześniu zeszłego roku w okolicach Giro. Widać na nim hummera afgańskiej policji, jadącego na jeden z posterunków na wzgórzach otaczających bazę. Ogromna, pusta przestrzeń i maleńki samochodzik, wspinający się po wąskiej serpentynie. Gdy teraz oglądam to zdjęcie, zyskuje w moich oczach wymiar wręcz symboliczny. Bo, moim zdaniem, jest w tym kadrze esencja Afganistanu. Oto kraj, w którym czas stanął w miejscu. Kraj, przy którego surowości nawet potężne wojskowe maszyny zdają się być ledwie dziecinnymi zabawkami… [caption id="attachment_1243" align="alignnone" width="640" caption="Ogromna, pusta przestrzeń i maleńki samochodzik, wspinający się po wąskiej serpentynie/fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Wojna i zarazki

czw., 02/18/2010 - 19:09
Byłem dziś w ambasadzie Afganistanu, złożyć wniosek o wydanie wizy. Zwykle przyjmował mnie sympatyczny, młody Afgańczyk. Dziś, ku mojemu zaskoczeniu, dokumenty przyjęła polska pracownica przedstawicielstwa. Pewnie dlatego, że zjawiłem się w trakcie przerwy w pracy wydziału konsularnego. Afgańczycy zwykli mawiać: „wy macie zegarki, my mamy czas”. Widać to hasło oddaje rzeczywistość tylko w ich własnym kraju… Boże broń! - nie chcę być złośliwy. A jeśli zakłócając przerwę popełniłem faux pas, to przepraszam. I dziękuję niezawodnej PKP za punktualność, która zrujnowała moją marszrutę. Ale wróćmy do ambasady - miła pani, odbierając mi na kilka dni paszport, zaskoczyła mnie nie tylko swoją obecnością. Oddając jej stosowne kwity dowiedziałem się, że muszę do nich dołączyć zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia. - To od czasu świńskiej grypy - usłyszałem w odpowiedzi, gdy zwróciłem uwagę, że latem zeszłego roku nikt czegoś takiego ode mnie nie żądał. Mus to mus, ale trudno mi było ukryć zdziwienie, że ktokolwiek w Afganistanie - kraju rozrywanym brutalną wojną - przejmuje się świńską grypą. I dopiero po chwili przyszła refleksja, że przecież taka zapobiegliwość, nawet jeśli przesadzona, świadczy o tym, że temu komuś zależy na zachowaniu choćby resztek normalności. Przy tej okazji przypomniałem sobie historię sprzed kilku lat, gdy znalazłem się w jednej z irackich wiosek razem z polsko-bułgarskim konwojem medycznym. Przegląd chorobowych nieszczęść, jakie dotknęły mieszkańców Al-Akry, normalnego człowieka przyprawiał o ból głowy. Latami nieleczone zatrucia, źle pozrastane kości, choroby skóry, zaawansowane nowotwory - oto efekty opieki medycznej rodem ze średniowiecza. - Ale ci ludzie co najmniej od jednego nieszczęścia byli wolni - mówił mi w wolnej chwili jeden z bułgarskich lekarzy. - W Iraku w zasadzie nie było AIDS. Do czasu otwarcia granic po inwazji… [caption id="attachment_1233" align="alignnone" width="640" caption="Przegląd chorobowych nieszczęść, jakie dotknęły mieszkańców Al-Akry, normalnego człowieka przyprawiał o ból głowy/fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Zamiast słów: minuty na łączu

śr., 02/10/2010 - 13:34
W czerwcu 2004 roku przeprowadziłem swoją pierwszą rozmowę telefoniczną na linii Afganistan-Polska. A wyglądała ona tak: - Panie Marcinie - głos pani Ani z księgowości brzmiał nieco oficjalnie (jak zawsze, gdy coś zawaliłem). - Nie rozliczył pan jeszcze delegacji do Bydgoszczy... - Pani Aniu… - grzecznie wszedłem w słowo. - Rozliczę, rozliczę. Jak tylko wrócę z Afganistanu. - Acha… - mimo zakłóceń i opóźnienia sygnału, dało się usłyszeć spore zaskoczenie. Trochę potrwało, zanim pani Ania ochłonęła i rzuciła do słuchawki: - No to pogadamy, jak pan wróci… Ledwo zdołałem powiedzieć: „dobrze, do widzenia”, i było po rozmowie. Chowając telefon, rozejrzałem się i uśmiechnąłem pod nosem. Na pierwszym planie miałem saperów, ostrożnie przeczesujących najeżony minami teren, w tle widziałem bazę w Bagram, a nad tym wszystkim - potężne, zaśnieżone pasma Hindukuszu. Wszystko to bardzo odległe od Bydgoszczy, biletów PKP i innych, delegacyjnych kwitów… Jeszcze w Afganistanie wiedziałem, że ta chwila rozmowy kosztowała nas niewiele mniej niż wartość biletów wykorzystanych w czasie owej nieszczęsnej delegacji. Ale co tam - pomyślałem sobie - będzie o czym opowiadać. I owszem, ta historia ma dziś dla mnie wartość anegdotyczną. Bardziej realne, psychiczne korzyści, miałem z rozmów z żoną. Zawsze jednak żałowałem, że jest ich tak mało i są tak krótkie. Szczerze przyznam - zazdrościłem żołnierzom tych 4 i 10 minut dziennie. Budżety moich wyjazdów nie przewidywały takiego udogodnienia. Biję się więc w pierś i po raz kolejny przepraszam najbliższych, że tak rzadko dzwoniłem. A panią Anię - jeśli śledzi moją pisaninę - gorąco pozdrawiam! [caption id="attachment_1229" align="alignnone" width="640" caption=""Ile jeszcze minut do końca?" - to zdjęcie zrobiłem 2,5 roku temu, w Szaranie. Ale później nie raz i nie dwa, w każdej z polskich baz, widziałem podobne obrazki.../fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Zamiast słów: pranie i koncentrina

pt., 02/05/2010 - 17:09
Rozciągnięte między budynkami gospodarczymi sznurki nazywało się u nas linkami. A wyjście z domu z miską pełną świeżo upranych rzeczy - pójściem na linkę. Linki zajmowały cały tył podwórka kamienicy, w której mieszkałem - w myśl zasady: „jeden sznurek - jedna rodzina”. W tygodniu linki, o naprężenie których dbali nasi ojcowie, wisiały niczym kable wysokiego napięcia - z reguły były puste. Jednak gdy przychodziła sobota, zapełniały się jedna przy drugiej, a zapach świeżego prania unosił się nad całym podwórkiem. Gdy zrobiłem to zdjęcie, też była sobota. Sznur z praniem i kolorowe spinki (u mnie mówiło się na nie klamerki), na chwilę nadały temu, co widziałem, sielski charakter. I przywołały wspomnienia z dzieciństwa. Ale obiektyw uchwycił również rozciągniętą na murze koncentrinę i groźny pysk rosomaka. Złudzenie sielskości pękło niczym bańka. Ale mimo wszystko ten widok miał w sobie optymistyczną wymowę. Dowodził, że nawet w najbardziej niezwykłych sytuacjach staramy się zachowywać normalnie. Bo co z tego, że wojna - pranie zrobić trzeba… [caption id="attachment_1221" align="alignnone" width="640" caption="Baza Giro, wrzesień 2009 roku/fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Zamiast słów: wrak pod plandeką

pon., 02/01/2010 - 23:32
Inspiracją dla Marine Corps War Memorial było zdjęcie wykonane przez Joe Rosenthala, fotoreportera, który towarzyszył amerykańskim marines podczas walk o wyspę Iwo Jima. Zrobiona 23 lutego 1945 roku fotografia przedstawia żołnierzy stawiających sztandar na górze Suribachi. Zdjęcie trafiło do wszystkich amerykańskich gazet, niemal z miejsca zyskując status symbolu. To do niego odwoływał się rząd USA, nakłaniając obywateli do wykupywania obligacji wojennych. O okolicznościach powstania tego zdjęcia opowiada znakomity film „Sztandar chwały”. Mniejsza o fabułę i historyczne fakty - kto ich nie zna, temu polecam produkcję Clinta Eastwooda. Odwołuję się do tego filmu, bo jego akcja rozpoczyna się w czasach nam współczesnych - od monologu weterana II wojny światowej. „Pojedyncze zdjęcie może zmienić bieg wojny” - mówi staruszek, przywołując przykład wstrząsającego kadru, po ujawnieniu którego Ameryka odwróciła się od swojego rządu, toczącego wojnę w Wietnamie. Chodzi o zdjęcie Eddiego Adamsa, który uchwycił moment egzekucji oficera Vietcongu, Nguyena Van Lema, zabitego strzałem w głowę przez generała południowowietnamskiej policji, Nguyena Ngoc Loana. I Rosenthal i Adams dostali za swoje fotografie Nagrody Pulitzera. Wojna w Afganistanie też ma swoje zdjęcia-symbole, ale oba pochodzą z czasów radzieckiej interwencji. Pierwsze, to fotografia afgańskiej dziewczynki, której autorem jest Steve McCurry. Drugie, wykonane przez Radka Sikorskiego, przedstawia martwą afgańską rodzinę, która zginęła w rosyjskim nalocie. Fotografia autorstwa dzisiejszego szefa MSZ również zyskała najwyższe laury, w 1987 roku zdobywając pierwszą nagrodę w World Press Photo, w kategorii zdjęcia reporterskie. Ostatni, rozpoczęty w 2001 roku rozdział afgańskiego konfliktu, nie doczekał się jeszcze swoich zdjęć-symboli. Bo choć fotografii powstało wiele - a niektóre były nawet nagradzane - to żadna nie miało dość potencjału, by stać się ikoną. Od razu uprzedzam obawy zaznajomionych z moim brakiem talentu w dziedzinie fotografii - nie mam ambicji, by takie zdjęcie zrobić. Jeżdżę tam i opisuje tę wojnę słowami; i nic w tym zakresie nie ulegnie zmianie. Ale ponieważ najczęściej pracuję sam, chcę czy nie, często chwytam za aparat. Choć talentu nie zbywa, mam dość wyobraźni, by przyznać, że obraz potrafi zastąpić tysiące słów - nawet jeśli technicznie czy kompozycyjnie jest słaby. I właśnie kilka takich fotografii chciałbym wam przedstawić, dodając jedynie kilka słów wyjaśnień. Na początek zdjęcie przedstawiające hummera, który we wrześniu zeszłego roku wyleciał na ajdiku. Zginął wówczas afgański policjant, a kilku innych zostało rannych. Gdy bazę w Giro wizytowała rządowa delegacja z Polski, wrak stał szczelnie przykryty pod plandeką. Gdy goście wyjechali, nikomu już nie chciało się walczyć z wiatrem, który odrzucił nakrycie, odsłaniając żałosne szczątki potężnego, zdawałoby się, auta… [caption id="attachment_1211" align="alignnone" width="640" caption="Wiatr odrzucił nakrycie, odsłaniając żałosne szczątki potężnego, zdawałoby się, auta…/fot. Marcin Ogdowski"][/caption]
Kategorie: Wojna

Czas leci już z górki…

śr., 01/20/2010 - 23:35
Wiem, że połowa kwietnia to data umowna. Że znajdą się tacy, dla których misja potrwa nie sześć, a nawet osiem miesięcy. Ale większość VI zmiany może już powiedzieć, że dotarła do półmetka. Dla wszystkich, którzy źle znoszą rozłąkę z najbliższymi, to dobra wiadomość. Ale nie zapominajmy, że tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się dla misjonarzy okres najtrudniejszy. Bo choć czas leci już z górki, perspektywa powrotu jest jeszcze dość odległa. Niełatwo sobie z tą świadomością poradzić, zwłaszcza będąc na wojnie. Stąd moja prośba do matek, żon, narzeczonych (i wszystkich innych, którzy mają tam bliskich) – dziewczyny (i nie tylko), dajcie znać, że jesteście, myślicie i trzymacie kciuki. Blog i forum są do waszej dyspozycji. [caption id="attachment_1203" align="alignnone" width="640" caption="Bez względu na to, ile dni zostało do końca misji, jedno jest pewne - lekko nie będzie.../fot. Robert Suchy, Combat-Camera"][/caption]
Kategorie: Wojna

Inna cena życia

pon., 01/18/2010 - 00:05
[caption id="attachment_1196" align="alignnone" width="640" caption="Większość poległych w zeszłym roku żołnierzy zginęła, nim zdołała sięgnąć po broń.../fot. Marcin Ogdowski"][/caption] Przeglądając zdjęcia z Afganistanu, natknąłem się na fotografię kilkuletniej dziewczynki, która zmarła po tym, jak jej układ trawienny odmówił posłuszeństwa. Ojciec Afganki tłumaczył później, że nie miał pieniędzy na to, by zabrać córkę z zabitej dechami wioski do szpitala w mieście. Przecierałem oczy ze zdumienia, bo wydawało mi się, że zdesperowany rodzic w takiej sytuacji poruszyłby niebo i ziemię. Ten może by i poruszył, gdyby miał te cholerne kilkanaście dolarów… Zupełnie innymi problemami żyli ludzie, których kilka dni później obserwowałem, siedząc w kawiarni Safi Landmark Hotel w Kabulu. Politycy, urzędnicy, biznesmeni i wszelkiej maści lokalni bogacze z różnych stron Afganistanu – wszyscy oni, lekką ręką, wydawali po kilkanaście czy kilkadziesiąt dolarów za kawę, której często nawet nie dopijali. Przypomniałem sobie tragiczny dylemat wieśniaka, czując się jeszcze bardziej nieswojo, gdy i mnie przyszło regulować rachunek. Podoba nam się to czy nie, życie w Afganistanie ma inną cenę niż w Polsce… A śmierć - jakkolwiek zabrzmi to pretensjonalnie - jest tam wyjątkowo wredna. Czy wiecie, że większość żołnierzy ISAF (ponad 60 proc.), która poległa w zeszłym roku w Afganistanie, padła ofiarą min i ajdików? Posłani na wojnę, zginęli, zanim zdołali sięgnąć po broń. [caption id="attachment_1197" align="alignnone" width="640" caption="Wnętrze kabulskiego hotelu sprawiało wrażenie zupełnie innego świata. Tu historia z umierającym dzieckiem nie mogłaby się wydarzyć/fot. Damian Kramski (z archiwum autora bloga)."][/caption]
Kategorie: Wojna